• Start
  • Jarek Mikołajczyk

Samotność idola - czyli rzecz o „Skazanym na bluesa” , kilka zdartych słów o spektaklu Teatru Śląskiego i nie tylko, (szkic recenzencki).

Po blisko trzech latach od premiery „Skazanego na bluesa” w Teatrze Śląskim nadarzyła się okazja, by zobaczyć ten głośny spektakl w Poznaniu. Niniejszy Tekst przygotowały w formie dwugłosu córka i matka. Pierwsza z nich, mimo młodego wieku, może określić siebie jako fankę Ryśka Riedla i jego talentu, posiadającą cześć wiedzy o jego życiu i twórczości, poniekąd dlatego bilety zostały zakupione na długo przed dołączeniem przez nią do grona redaktorów Popcentrali. Druga z pań przed obejrzeniem widowiska nie wiedziała wiele o tej postaci, a na koncertach grupy Dżem bywała dotychczas raczej dla towarzystwa i po to, by pomóc na nie dotrzeć, chociaż nie bez przyjemności… Co wynikło z wypadu na Poznańską Arenę? Zapraszamy do lektury

Dorota:Skazany na bluesa”, to wyjątkowa opowieść o życiu Ryszarda Riedla wokalisty Dżemu w latach 1973-1994, jednego z najwybitniejszych zespołów w historii polskiej muzyki, grający rock-bluesa, reagge, country, funky, boogie. Widowisko teatralno-muzyczne, bo taką formę Teatr Śląski nadał tej opowieści, wystawione zostało pierwszy raz w poznańskiej Arenie 17 lutego bieżącego roku. Premiera tego spektaklu odbyła się w 07.03.2014 r, adaptacji dokonał i wyreżyserował Arkadiusz Jakubik, w roli tytułowej występuje Maciej Lipina, który wszedł na miejsce Tomasza Kowalskiego. U publiczności z kręgu hippisowskiego, a raczej posthippisowskiego Dżem ma status formacji kultowej. R.R. obdarzony był niezwykłą charyzmą i podbijającą serca słuchaczy autentycznością. Ogólnopolski debiut zespołu miał miejsce na „I Ogólnopolskim Przeglądzie Muzyki Młodej Generacji” 7 czerwca 1981 r. gdzie występował regularnie do 94’ Rysiek zmarł 30 lipca 1994 w Chorzowie, w przeddzień ostatniego przed wznowieniem festiwalu jarocińskiego. Na pogrzeb przyszło tysiące fanów, trumnę i grób obsypali harmonijkami ustnymi. Koralikami, pacyfkami i innymi atrybutami hippisowskimi. Z zaciśniętymi gardłami śpiewali „Whisky”, „Sen o Wiktorii” i inne hity.

Ewa: O fenomenie Ryśka Riedla i grupy Dżem można pisać dużo, jednak ważnym jest fakt, że go Jamu (bo tak brzmiała początkowo nieformalna nazwa składu), przyprowadził R. R. jeden z początkowych pałkarzy, Aleksander Wojtasiak. Zespół bardzo często zmieniał składy, wiele razy mało brakowało, a by się rozpadł. Pierwszy singiel, „Paw/Whisky”, ukazuje się dopiero w roku 81’, płyta długogrająca zaś w 85’. Teksty i kompozycje do największych przebojów, to również praca zespołowa. Rysiek nie śpiewałby czegoś, czego by nie akceptował. Do tej pory udało mi się dotrzeć do czterech dość obszernych publikacji na temat Ryśka i Dżemu. Są to oczywiście dostępne w szerokim obiegu obie książki biograficzne autorstwa Jana Skaradzińskiego, jak i pisane przez studentki w ramach prac dyplomowych i wydane jako książki; „Biała i czarna legenda Ryszarda Riedla” Edyty Kaszycy i „Dżem — kilka nieodpowiednich słów” Aldony Zymy. Powstało także kilka filmów dokumentalnych np. „Dżem – historia zespołu”, „Się macie ludzie”. Piszę o tym wszystkim, ponieważ mówiąc o Ryśku Riedlu, mogę opierać się jedynie na źródłach, i własnych odczuciach. Czasów początków grupy po prostu nie mogę pamiętać. „Skazany na bluesa” to smutna, życiowa, - w dużej mierze prawdziwa, oparta tylko na wątkach biograficznych — historia przestroga, trudnego, a zarazem wielkiego lotu, ale i bardzo bolesnego upadku... Widowisko teatralne zostało zaadaptowane na deski teatru na podstawie filmu Jana Kidawy – Błońskiego, o tym samym tytule. (Reżyser był spokrewniony z Ryśkiem, ale i tak za wizję przedstawioną w filmie, posypały się na niego z różnych stron gromy…). O adaptacji filmowej napiszę jeszcze nieco dalej. To właściwie o nią chodzi, w tym przypadku, również w teatrze. Dla całokształtu spektaklu ważny jest także element kierownictwa muzycznego. Zajął się tym mianowicie Olaf Deriglasoff. Obecnie reżyser i kierownik muzyczny działają razem na estradzie w duecie Jakubik&Deriglasoff. Nie sposób również, pisząc o spektaklu, nie wspomnieć o czymś, co z pewnością wpływa na jego odbiór. Przez kilka miesięcy w rolę R.R. wcielał się Tomek „Kowal” Kowalski, szerszej publiczności pokazał się w jednym z TV talent show. Na castingu głównym zaprezentował się przed jury właśnie w repertuarze R.R. dokładniej mówiąc była to „Modlitwa III”. O dziwo mnie ujął jako słuchaczkę, ponieważ odpowiada mi barwa i timbr jego głosu, oraz przekazywane śpiewem emocje. Później ten długowłosy facet, całą edycję programu wygrał. Zdeklasował także ponoć wszystkich na castingach do roli Ryśka. Niestety udział w poważnym wypadku motocyklowym, skutecznie wyeliminował Tomka, z dalszych działań w teatrze, gdyż w jego wyniku wylądował na wózku inwalidzkim... Twórcy po konsultacjach z „Kowalem” postanowili kontynuować przedsięwzięcie. Tak oto od września 2014 wciela się w Ryśka wokalista zespołu Ścigani, czyli Maciej Lipina, obecny wcześniej na scenie, tylko jako część akompaniującego całemu widowisku zespołu muzyków.

Dorota: Poznańska Arena była najlepszym miejscem na wystawienie „Skazanego na Bluesa”, gdyż właśnie tu R.R. koncertował z zespołem Krzak na festiwalu „Rock Arena” w 1983 r. Poza tym inna sala nie pomieściłaby takiej ilości widzów. Arena przeżywała prawdziwe oblężenie, Fani chcieli jeszcze raz przeżyć legendę Ryśka i usłyszeć nieśmiertelne hity, poukładane we wzruszającą historię, o przyjaźni, wolności i miłości, o walce z samym sobą.
Efekty muzyczne i aktorskie dopełniała scenografia inspirowana obrazami śląskich malarzy naiwnych. Główny bohater, ikona popkultury, należy do grupy takich artystów, outsiderów, nieszkodliwych wariatów, ufnych, kompletnie nieprzystosowanych do życia w interesownym i uporządkowanym świecie. Tacy twórcy zwani są też prymitywistamiami, bo nie ukończyli żadnych szkół artystycznych, albo w ogóle żadnych. Tymczasem są to prawdziwi artyści, obdarowani dużym talentem, często ich przeżycia artystyczne mają wymiar mistyczny.

W spektaklu aktorzy mówią gwarą śląską, mają niewyszukane maniery, jak zwykli ludzie z familoków. Wśród postaci są: rodzice, żona, syn, koledzy z podwórka, flirtujące z Ryśkiem dziewczyny i inni. Ważną rolę odgrywa tu Wielki Duch Manitu, ubrany w indiański pióropusz. Zainteresowanie R.R. Dzikim Zachodem trwało całe życie, indiański image – rasy skazanej na zagładę – pasował do hippisowskich idei, których R.R. był jednym z ostatnich przedstawicieli. Ostatni Mohikanin Flower-Power. Ryszard Riedel z niespotykaną szczerością wyśpiewał historię swojego życia, wrażliwego dziecka, pragnącego bezwarunkowej miłości, ofiary despotycznego ojca. Właściwie całe życie był dzieckiem, chyba nigdy nie wszedł w wiek męski. Gdy miał 13 lat nauczył się śpiewać przy Beatelsach, tj. przy ich nagraniu, śpiewając na piątego, jak prawdziwy Anglik. Westerny i muzyka były jego ucieczką, bezpiecznym schronieniem. Muzyka pomagała mu do pewnego momentu, do czasu, gdy wkroczyły, koncerny wydawnicze, pieniądze, sława i tłumy fanów. Nie lubił siebie w dorobionej na siłę aureoli, nie chciał być gwiazdą, chciał być chłopcem, który śpiewa. Śpiewał o tym, co czuł, o życiu, euforii i destrukcji. Był bardzo prawdziwy, swojski, a jednocześnie bardzo amerykański i westernowy. Hippisowską utopię zamienił w rzeczywistość i zapłacił za to najwyższą cenę. Powtarza się wiele sloganów, że uzależnienie od narkotyków, czy alkoholu, to cena sławy, z którą sobie nie poradził, że to wina tzw. przyjaciół, których pojawia się zbyt wielu w momentach sukcesu i żerują oni na młodych ludziach nieprzystosowanych do dużych pieniędzy i medialnego szumu. Jest w tym wiele prawdy. Spektakl „Skazany na bluesa” to portret, niezwykle utalentowanego, młodego człowieka, rozpaczliwie poszukującego akceptacji, obnażającego historię swojego powikłanego życia, droga na skróty do śmierci.

Ewa: Nadszedł czas, by napisać nieco szerzej o ekranizacji, którą przypomniałam sobie, nastrajając się na przyszłe przeżycia teatralne. Od początku wiedziałam, że spektakl, może mieć sporo wspólnego z filmem, z 2005 r. To właśnie w tym filmie, na dużym ekranie, debiutował Tomasz Kot, partnerowała mu Jolanta Fraszyńska, w postać Indianera wszedł obecny wokalista Dżemu. Moja mama filmu raczej nie oglądała, a jeśli tak, to tylko fragmenty, których teraz nie kojarzy… Nie wyobrażam sobie pisać o teatralnej adaptacji na podstawie filmu, bez odniesienia do dziesiątej muzy. Zdaję sobie sprawę, to zapewne byłby temat na osobny tekst. Filmową wersję na przestrzeni lat oglądałam co najmniej kilka razy, moja świadomość na temat R.R., jego problemów, oraz całej otoczki, stała w tym czasie, na różnym poziomie wtajemniczenia… W tym filmie istnieje coś autentycznego, oprócz tego, że dobrze się go ogląda, wciąż oddziałuje, na emocje, doprowadza do wzruszenia. Jednocześnie nie wywołuje u mnie efektu pt. „człowieku jak mogłeś tak pokazać Ryśka”. Zawiera coś, co po latach, kiedy wiem, że część scen jest we fragmentach, lub całkowicie wymyślona, to nadal działa. Wszelkie zabiegi ubarwiające są po to, by podkreślić dramaturgię, konfliktu ojca z synem. Wykazać siłę miłości między Ryśkiem a Golą. Relacji prawdziwiej, niesamowitej, i raczej rzadko spotykanej. Wydaje się, że trzeba pokazać coś bardziej atrakcyjnym niż jest… Obraz jednak w dużej części został przegadany z reżyserem i zaakceptowany przez najbliższą rodzinę. Tak oto — ojciec Ryśka nie był ani w milicji, ani w wojsku, był kierowcą, bodaj autobusu, to pierwsza kwestia, Druga jest taka, że Rysiek nie był człowiekiem notorycznie smutnym, co często podkreślała w wypowiedziach jego żona. Kolejna rzecz to moment inicjacji z narkotykami, która wcale nie miała miejsca w dniu ślubu, tylko dużo wcześniej. Twórca miał do dyspozycji symbole, które przekształcił, przekładając je tym samym na język filmowy. Ogromną zasługę dla klimatu tego dzieła ma Tomasz Kot. Wiadomo, że spędził on jakiś czas z rodziną Riedlów, obserwował, żył w ich domu, by zżyć się z legendą. By znaleźć sposób na postać, godzinami oglądał materiały z koncertów, chcąc nauczyć się naśladować ruchy Ryśka. Zaowocowało to bardzo wiarygodnie wykreowaną postacią. Fraszyńska -„Gola”, zagrała swą rólkę, przekonująco, chodziło o to, by pokazać zwykłą kobietę, a nie „nadkobietę”, czyli taką niezłomną, która wyratuje z każdej sytuacji podbramkowej, jeśli chodzi zaś o Indianera, powstała ona w wyniku pewnych problemów z budowaniem postaci głównego bohatera. Droga interpretacji może być różnorodna, ponieważ można odczytać ją, jako swego rodzaju alter ego Idola, ale także i innych ludzi z jego otoczenia. Maciej Balcar mówił: „Postać Indianera jest zlepkiem szeregu istniejących postaci. […] Budując tę postać, nie chciałem powiedzieć o niej wszystkiego”. Ten film nadal potrafi wycisnąć łzę, jest w stanie przenieść widza, do innej rzeczywistości.

Dorota: Nie będę tu oceniać jak dalece Maciej Lipina wskrzesił swą grą legendarnego R.R., jego wyrazisty styl, manierę wokalną, charyzmę, pozwalającą mu tworzyć rockowy teatr z pogranicza życia i śmierci.

 

Ewa: Muszę coś o tym powiedzieć, ponieważ niniejszy tekst nie byłby pełen. Lipina jest uzdolnionym wokalistą. Ma postawione przed sobą trudne zadanie, ale jak się okazuje, jednocześnie zadanie potrzebne, bo widzowie wciąż przychodzą na spektakl, teatr jest przecież, dla widza. Powody, które przyciągają widzów, zapewne są różne. Wiedząc, kto jest odpowiedzialny za kierownictwo muzyczne spektaklu, chciałam się nań udać jeszcze bardziej. W ostatecznym rozrachunku, dźwięki słyszane na scenie, w postaci misternego akompaniament zespołu, przytrzymały mnie na miejscu. Przyznam, że podczas oglądania przedstawienia, biłam się z myślami, moimi nieco wygórowanymi oczekiwaniami, względem tego, na co patrzę. Po pierwsze dlatego, że adaptacja teatralna jest w większości odwzorowaniem filmu Kidawy — Błońskiego i cały czas miałam przed oczami wyobraźni kreację Tomasza Kota. Dwa – Lipina jest dobrym wokalistą, potrafi używać głosu, np. śpiewając „Zabawę w ciuciubabkę”, (pierwotnie wykonywaną przez Niemena, mówiono ponoć, że R.R. jest jedynym wokalistą, który może Czesławowi „zagrozić”). Ma to miejsce podczas pierwszego spotkania z późniejszymi kolegami z Dżemu. Świetnie radzi sobie również wykonując utwór „Złoty Paw”. Chcę jednak podkreślić, że zarówno spektakl, jak i wspomniany już wcześniej Tomek Kowalski, w moim przekonaniu wiele stracił, na złych kolejach losu. Po prostu głos „Kowala” pasuje mi tu lepiej, ta barwa i timbr.

Pozostałe postacie są wypełniaczami sceny. Mimo że w obsadzie pojawia się też Adam Bauman, czyli filmowy ojciec R.R. najbardziej podobała mi się kreacja Indianera, nieco zabawna, kiedy trzeba poważna, pełna emocji, charyzmatyczna… No i Anioł przemieszczający się po scenie. Na spektaklu były momenty, zaangażowania publiczności w przebieg zdarzeń. Nie zabrakło poznańskich akcentów i specyficznego poczucia humoru. Wiem, że był przynajmniej jeden widz, który ze spektaklu wyszedł wcześniej, ponieważ zabrakło innowacji i widokowości, (jestem podobnego zdania), a to wszystko przez film… Tam było więcej postaci zapadających w pamięć.

Scenograficzne rozwiązania w spektaklu przykuwały jednak uwagę. Na duży plus mogę zaliczyć scenę, kiedy Lipina śpiewa po śląsku „Gizd”. (Zespół Dżem i Rysiek wzięli udział w programie telewizyjnym. Był to musical Katarzyny Gertner „Pozłacany Warkocz” rok 1980. Było to pierwsze obcowanie grupy z kamerami TV).

Do wzruszenia mogła doprowadzić również scena, w której Rysiek wspólnie z Bastkiem wykonują „Whisky”. Publiczność przyjęła spektakl owacjami na stojąco, a Maciej Lipina zaśpiewał jeszcze na Bis „Czerwony jak cegła”. A to wszystko obserwowane z pierwszych rzędów przy scenie...

Dorota: Utwory Riedla są wykonywane przez kolejnych wokalistów Dżemu, chociaż zespół wciąż wzbogaca się o nowe kompozycje. Na koncertach fani zawsze czekają i domagają się wprost, tych starych hitów, skleconych pośpiesznie przez Ryśka, w chwili natchnienia, zapisanych na strzępach papieru, gdzieś na ławce w parku, podczas sesji nagraniowej, albo w przerwie między występami. Nikt nie uczył go śpiewać, pisać czy komponować...To wszystko wypływało z jego intuicji, bólu życia, samotności, pasji, niezwykłej barwy głosu i wyczucia frazy. Tworzył z potrzeby serca, bo musiał wyrazić swoje osamotnienie, sny, wizje lęki i radości. Grafomańskie teksty, w jego ustach nabierały szekspirowskiej wymowy, „kim jestem – jestem sobie”, „W życiu piękne są tylko chwile”. „Sen o Viktorii” powstał z kompletnej niewiedzy, autor myślał, że Viktoria to wolność i utwór wybrzmiał, jak sen o zwycięstwie wolności. Publiczność zawsze przyjmuje ten utwór z wielkim wzruszeniem...Fenomen.

 

Ewa: Teksty i koncerty to też osobny temat, nadmienię tylko, że trudno mi jest znieść kogoś, kto śpiewa utwory Ryśka, bo tego się podrobić, nie da i według moich odczuć brzmi nie tak jak powinno i z tych właśnie powodów moja fascynacja zespołem sięga okresu z pierwszym wokalistą. Wszystko zaczęło się już pod koniec lat 90’ lub na początku dwutysięcznych, kiedy zaczęłam swoje pierwsze świadome poszukiwania muzyczne. Może dlatego najbardziej cenię sobie płytę „Detox” (91’). W filmie dokumentalnym o historii grupy natrafiłam na wypowiedź Sławka Wiecholskiego, (z Nocną Zmianą Bluesa Dżem nagrał płytę „Ciśnienie”), o tym, że jego zdaniem płyta ta oddaje klimat koncertowy, zgadzam się z tym. Z pewnością, to drugi powód, który sprawia, że ta płyta tak na mnie działa, Szczególnie bliskie są mi słowa „List do M” „(.) Samotność to taka straszna trwoga[…]”.

Jednocześnie mam poczucie, że nie mogę słuchać Riedla na co dzień, bo to kosztuje zbyt dużo emocji, jego głos jest hipnotyczny, i niemal doskonały, nawet w okresie wyniszczenia. A puszczanie nagrań z jego udziałem, to pewien rodzaj święta (dla mnie), choć na pewno nie jestem psychofanką. Myślę, że fenomen Ryśka polega na tym, że każdy może coś dla siebie odnaleźć w tekstach, a jeśli nie w tekstach, to w Jego stylu śpiewania.

Zgubiła go własna wielkość?. Obecnie przyjemnie się słucha Macieja Balcara, lecz raczej w starym repertuarze, wyjątkiem jest „Do kołyski”, której tekst brzmi bardzo Riedlowsko, do tego stopnia, że nie sięgnąwszy po nowe nagrania grupy, przez pewien czas myślałam, że autorem utworu jest R.R. Gdy tylko mam sposobność jeżdżę jednak na żywe występy zespołu. Zarówno poszczególni instrumentaliści, jak i Maciek to zdecydowanie artyści koncertowi, a w atmosferze unosi się wtedy duch szamana...Tak to czuję.
 

 

Dorota: Ryszard Riedel jest moim rówieśnikiem, jednak dopiero po obejrzeniu spektaklu, i wysłuchaniu kilku utworów z płyty, podjęłam refleksje na temat Jego burzliwego życia. Wcześniej twórczość Riedla docierała do mnie z radia – trudno nie zapamiętać takiej wyjątkowej barwy głosu z charakterystyczną manierą. Znałam nawet jego fanów wyśpiewujących brawurowo „Whisky” i „Cegłę”, ale nigdy nie słyszałam Ryśka na żywo. Później zaliczyłam kilka koncertów Dżemu, a to tylko dlatego, że grali w Teatrze Wielkim w Poznaniu, albo na tzw. majówkach. Zawsze był wielki aplauz publiczności po wykonaniu starych utworów i wspomnieniu R.R. Przeglądając publikacje, albumy zadedykowane Ryszardowi Riedlowi, zauważa się istne oberwanie chmury uznania i wdzięczności. „Przyjaciele” muzycy pokochali go bardzo, zaraz po zejściu ze sceny i z tego świata. Poczuli się zaszczyceni, że go znali, że występowali razem, albo obok siebie. „List do R. na 12 głosów” każdego chwyci za serce i wyciśnie łzę z oka. Gdyby te budujące słowa uwielbienia i przyjaźni wybrzmiały trochę wcześniej, z pewnością opóźniłyby „Dzień, w którym pękło niebo”.


PS. Ewa: Długo pracowałyśmy nad tym tekstem, zapowiedziałam Redaktorowi Naczelnemu, że nie wiem, czy będę w stanie napisać coś o „Skazanym na bluesa”, ponieważ przelewanie myśli o Ryśku kosztuje mnie sporo emocji. Mama chciała coś napisać, a zgłębianie tematu zajęło sporo czasu. Ja z kolei czekałam na to, by się dołączyć, spróbować opisać wątki niedopowiedziane. Mam wrażenie, że moje słowa są zdarte, ale jednocześnie mam nadzieję, że było warto pisać. Nie przyjęłam spektaklu zbyt entuzjastycznie, więc taki był cel, pokazać dwie niemal skrajne opinie, jeśli widowisko skłoniło moją mamę do poszukiwań, to jestem zdania, że dobrze było go zobaczyć.

 

Ewa Jenek i Dorota Jenek

 

zdj. Bartosz Śrama Sollus Entertainment

Skorzystaj z okazji, by zobaczyć nagradzane i doceniane przez krytyków polskie filmy. Dzięki projektowi „Kultura Dostępna w kinach” w każdy czwartek o godzinie 18:00 bilety kosztują jedyne 10 zł dla każdego.

Królewicz Olch

Kino Helios
Czwartek 14 grudnia 2017
godz. 18:00

POLANDJA

Kino Helios
Czwartek 21 grudnia 2017
godz. 18:00

Volta

Kino Helios
Czwartek 28 grudnia 2017
godz. 18:00