• Jarek Mikołajczyk

Pulsarus Bee Itch - Recenzja

Stosunkowo młode wydawnictwo - ForTune proponuje niebanalne albumy. Powoli przyglądamy się różowej serii. Kolor nie wiedzieć dlaczego przypisany muzyce jazzowej. Nie mniej graficznie komponuje się na okładkach wybornie...po za nim na okładkach cała tonacja szarości. Pulsarus wystartował w 2003 roku - początkowo trio: Dawid Strycharski - zelektronizowane flety i elektronika, Jakub Rutkowski - bębny i Aleksander Papierz - saxofony. Różne konstelacje i udziały gości na poprzednich płytach. 2014 przynosi płytę Bee Itch. Personel: Dominik Strycharski -sopran, alt i tenor blockfluet, Tomasz Dąbrowski - trąbka i balkan horn, Aleksander Papierz - saxofon altowy, na saxie tenorowym gra Ray Dickaty, Stefan Orinas - electric piano, Jacek Mazurkiewicz - kontrabas i na perkusji Jakub Rutkowski. Pulsarus - tak na prawdę jedna z istotnych formacji czegoś co spokojnie na swój użytek moglibyśmy nazwać nowym kanonem polskiego jazzu. W czasach, kiedy większość - oczywiście nie wszyscy - tuz pierwszej fali polskiego jazzu, albo goni własny ogon, albo zeszła ze sceny, przestrzeń zarezerwowaną kiedyś dla jazzu wypełniają nowi muzycy. Niezależnie od tego, czy to co robią to jest jeszcze jazzem...Definicje tak na prawdę - potrzebne tylko dziennikarzom i to myślę, nie z braku wiedzy czy wyobraźni a raczej z potrzeby jak najbliższego dookreślenia tego o czym piszą w coraz krótszych tekstach. Z jednej strony to co przynosi Bee Itch jest osadzone w jazzowej tradycji improwizacji, z drugiej forma i intencja improwizacji jest zgoła inna. Temat nie jest tu nachalnie powracającym w mniejszej lub większej dosłowności buforem, który ma trzymać w ryzach sprowadzoną najczęściej do wirtuozerskich popisów solowych - improwizacji. Ta zasadnicza różnica sprawia, że takie granie, jak to, które podaje nam między innymi Pulsarus wymaga koncentracji, a jednocześnie rezygnacji z siebie i popisów na rzecz całości tkanki muzycznej. Tu zapewne trudniej zjechać się na koncert prosto z grania z innym składem odstawić to samo tylko trochę inaczej - i będzie git, a publika szczęśliwa...Wydaje się, że w tym co niektórzy nazywają modern jazz czy co chyba bardziej mi się podoba "jazz today" nastąpiła pewna zmiana dość znacząca. Ten "jazz nie jazz" choć bardzo jazz w pewnym rozumieniu - odrzucił efektowność na rzecz efektywności. Żeby było pięknie nie musi być gęsto od patentów, popisów, zagrywek...muzyka wbrew pozorom powraca do całościowego - kompozycyjnie traktowania utworu. To nie wyklucza improwizacji - wymusza większą uważność słuchania się nawzajem przez muzyków. Ta niewątpliwie muzyka improwizowana, nawet jeśli jest czymś w rodzaju postjazzu, zyskuje pewną pierwotną transowość. Być może nareszcie też stawia wymóg uważności słuchaczowi...Bee Itch rozpoczyna bardzo czytelny temat Imagine - Lennona. Początkowa czytelność tematu - sprowadza się jednak dalej do czegoś na kształt symbolu dźwiękowego takiego znaku pochłoniętego nasilonym niemal noise'owym potraktowaniem dęciaków i i toczącym się niemal jak walec pulsem. Guff przywodzi na myśl nie tylko bossę ale też pierwsze fuzzion'owe dokonania może nie koniecznie Wather Report - po chwili jednak czytelny jest inny rodzaj ekspresji, powtarzalność, krótkich sekwencji dźwiękowych sprawia, że dęciaki przez dłuższą chwilę jadą rytm. Końcówka utworu mieści się w tym niemal czystym rozumieniu free jazzu z bardzo noise'owym finałem. Isogriv 1 blisko muzyki preparowanej jakiegoś Feldmana może Cage. Powietrze, piano i elektronika. Rzecz raczej w brzmieniach niż w warstwie kompozycyjno -improwizacyjnej. Piski, szepty wydechu i wdechu i pojedyncze młoteczki klawiszy. Gęsty zrytmizowany Bathetic - świetnie pracuje tu Jakub Rutkowski, choć saxy i flety idą w sukurs. Monumentalny pełen mocy kawałek z partiami rozedrganych dźwięków mniej więcej w połowie...wraca na koniec do mocnego klimatu. Bardzo "filmowy". Kolejny Isogriv 2 - podobne interludium szumowo-brzmieniowe. Atraxia - wchodzi pięknym głębokim pulsem. Bas i bębny mocno trzymają w ryzach kawałek - dając fundament do jazd dęciaków i piana. Sporo dobrej elektroniki. Kawałek można rzec chilout'owy. Pięknie się zrobiło. Kolejny kawałek trochę marsz pogrzebowy - choć może monumentalne brzmienia dyktuje tytuł Baobab. Świetne spuszczenie powietrza koło 2.30 wyciszone hałasy a w nich powoli coraz cieplej bas i piano...Bardzo zróżnicowany dynamiczny kawałek. Rotfl - ponownie połamanie rytmów buduje klimat, a powtarzalność powoli wkręca w trans. Ładne urwanie. Isogriv 3 - kolejne interludium zdecydowanie muzyka współczesna, choć można by pomyśleć, ze to muzyczne powstanie bruitystów i ich: ululatori, rombatori, sibilatori i inne tori...Hieratic - no tu już na pewno Rusollo powkręcał swoje zabawki szumowo trzaskowe pod instrumenty. Piękny finał - kawałka taki spokojniutki bas. Isogriv 4 - koniec wieńczy dzieło piękne pomruki szumy i piski...trochę perkusji jakoś tak arytmicznie...

Oczywiście słychać na płycie wszystko co było założeniem by było słychać, Bartoka też. Płyta ze wszech miar wpisana w to co jest "jazz today". Materiał zdecydowanie wymagający, fani Kennego G., i całej muzyki z elewatora odpadną już przy drugim kawałku. Jeden z moich znajomych aktorów. pewnie skwitowałby to tradycyjnie - Mixer ty znowu słuchasz przesuwana szafy po nierównej podłodze...Na szczęście nie wszyscy kochają równą podłogę i symetryczne obrazki. Bardzo gęsty krążek, iście krwista rzeźnia dźwięków -jazzhardcore. Warto posłuchać głośno - choć jeśli na słuchawkach to może lepiej -nie na fool...Bywa naprawdę pięknie. Przede wszystkim emocjonalnie, a przecież o to do cholery chodzi w muzyce. 

Jarek Mixer Mikołajczyk

Pulsarus

Bee Itch

Dom Wydawniczy ForTune 2014/0023/015